środa, 1 marca 2017

O przyjaciołach słów kilka.

Cześć!
Jeśli umiecie sprawnie odejmować, co nieczęsto się zdarza, zauważyliście, że poprzedni post był trochę bardzo długo temu. Pominę opowieść o tym, jaka to zapracowana nie byłam, wpadłam w depresję, rzuciłam się pod pociąg i przyszłam na własny pogrzeb. Bo po prostu byłam leniwa i nie chcę Was okłamywać (w sumie i tak tu nikt nie wchodzi, więc...).


Na pewno macie w sowim życiu te najważniejsze osoby, na które zawsze możecie liczyć, nawet jeśli nic nie będziecie mieli w lodówce. Ja miałam takie szczęście, że moje najważniejsze osoby są wspaniałymi i wyjątkowymi ludźmi, a do dzisiaj nie wierzę w to, jakiego miałam farta, że ich poznałam. Najpierw myślałam, że rozpiszę się tutaj o nich wszystkich, ale każdy jest inny i nawet nie sposób ująć ich na raz w kilku zdaniach.

Zacznijmy od osoby, która ogóle kazała mi ruszyć mój leniwy tyłek i wziąć się za napisanie czegoś tutaj. Kermit, a w zasadzie Ewa, moja kuzynka, a zarazem przyjaciółka, pozytywnie zakręcona, która uwielbia wypijać sosy słodko-kwaśne z McDonalda bez niczego. Pomogła mi w wielu sprawach, od złamanego paznokcia zaczynając, na niefortunnym zakochaniu kończąc. Dziewczyna, która ma dar rysowania na kurniku i opowiadania świetnych historii o każdej rzeczy, której narysowała, a jej top model na transformice nie pobije nic. Nie wiem czy to taka siostrzana synchronizacja, ale moje rozmowy z nią wyglądają tak:
Ja: Stało się to i to, i nie wiem już co o tym myśleć, i co to wszystko oznacza :(
Osoba 1: Daj spokój, Werka, przesadzasz.
Osoba 2: Daj spokój, Werka, przesadzasz.
Osoba 3: Daj spokój, Werka przesadzasz.
Kermit: CO ZA WIEPRZ, JAK ON MÓGŁ!

Przy okazji, kto jest fajny wchodzi na jej bloga!!!


Klakierowi zawdzięczam wszystko, pomimo tego, że znam ją tylko przez Internet. Wszystko zaczęło się od gry dla zbuntowanych dziecięciolatków nazywanej MovieStarPlanet. Oh, niemożliwe, że o tym nie słyszeliście. Bądź co bądź, kiedyś na chatroomie Szkoła, który teraz już nie istnieje, spotkałam Filipa. Filip był dziwnym człowiekiem, ale miał "dziewczynę", Iwonę. Nie pamiętam dokładnie jak się poznaliśmy, ale skończyło się na tym, że piszemy ze sobą niemalże codziennie od trzech lat. Klakier czyta dobre książki, ładnie rysuje i ma głos jak aniołek na chmurce. Dużo sobie mówimy, chociaż zwykle to ona mówi, a ja jestem (jak zwykle) biernym obserwatorem otoczenia. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale jeśli mam potrzebę się komuś wygadać - najczęściej jest to właśnie ona.
Wszystkim życzę takiego Klakiera.

Wiecie kto kopie małe szczeniaczki i nie sprząta po nich kup? Szantal. Szantal jest mała, wredna i jest moją przyjaciółką (w zasadzie to ESNMBFF) - to trzy rzeczy, których jestem pewna. Jednak najlepsze słowo opisujące ją to szalona. Podobno przyjaźń zaczyna się wtedy, gdy zamiast "Idę do łazienki przypudrować nosek'' mówisz "Chodź do łazienki, chce mi się kupę". Poza tym, ciągle się lejemy, wyzywamy od frajerów i psikamy się najdroższymi perfumami w Douglasie, a potem uciekamy. Ale najlepsze jest w tym to, że obie mamy pewność, że możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji.


Tak naprawdę to chciałam się tu rozpisać o jeszcze kilku osobach, ale ten post jest już za długi, a ja mam dobry makaron z truskawkami na kolację i zadanka na kółko informatyczne do zrobienia. 

Z jednej strony nie lubię ludzi, wychodzę z założenia, że gdybym zemdlała, to prędzej by mnie okradli niż pomogli, jednak moje myślenie jest pod tym względem błędne i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Ale uwielbiam poznawać ludzi. Uwielbiam patrzeć na ich zachowania, mimikę, sposób poruszania się i mówienia, próbować określić typ osobowości, wczuć się w ich tok myślenia. Kiedyś nazwałam to "pieprzonym odruchem rozkładania wszystkich zachowań na czynniki pierwsze", wtedy byłam dość za bardzo przejęta niektórymi osobami (patrz: rozmowa z Kermitem). Po prostu lubię być bierna, przyglądać się wszystkim dookoła, poznawać specyficznych ludzi. A co Wy o tym sądzicie?
~May


Źródła zdjęć:

wtorek, 22 listopada 2016

Persons Unknown

Witajcie, nocne świry!
Listopadowa przerwa minęła mi niezwykle szybko, głównie dlatego, że przemogłam się i zamiast włączyć setny odcinek Breaking Bad stwierdziłam, że pora na zmianę i wzięłam się za Persons Unknown. Ogólnie serial wytrzasnęłam z aska, poleciła go osoba, której profil jest teraz usunięty.

Okej, to teraz przyszła pora na zarys fabuły, co jest dla mnie najtrudniejszym zadaniem, bo za wszelką cenę staram się nie spojlerować.

Janette Cooper jest przeciętną matką, samotnie wychowującą małą córkę. Pewnego poranka budzi się w hotelu. Nie wie gdzie jest, nie wie co się dzieje, ani nawet jak wyjść z pokoju. Okazuje się, że razem z kilkoma innymi osobami znajduje się w miasteczku na jakimś zadupiu, jednak nie mogą przekroczyć jego granic, bo (tutaj nie powiem, dowiedzcie się sami). Wszędzie są zamontowane kamery, ktoś ich obserwuje. W hotelu pracują kucharze oraz recepcjonista - nikt jednak nie mówi im dlaczego i po co tu są. Równolegle, w San Fransisco, jeden dziennikarz wpada na trop zaginionej Janette i próbuje dowiedzieć się prawdy. Kto lub co ich przetrzymuje? W jakim celu? Dlaczego nikt nie może wyjść? Kim są ci ludzie? Co ich ze sobą łączy?



Oglądając ten serial, po jakoś siódmym odcinku zatrzymywałam co pięć minut odtwarzacz, bo w mojej głowie ciągle pojawiały się pytania w stylu A co jeśli on...? A co jeśli oni wszyscy są...? Może to polega na tym, że...? i ogólnie miałam milion teorii, a mój mózg nie ogarniał tego tak szybko.
Klimat tajemnic, zagadek i przeróżnych spekulacji kojarzy mi się z Death Note'm, ale jako że nie oglądałam w życiu zbyt wielu anime/seriali nie mam lepszego punktu odniesienia. Cóż, szczerze mówiąc po zakończeniu siedziałam i gapiłam się w ścianę, zastanawiając się nad sensem życia, więc to chyba mówi samo za siebie.
Ocena? 10/10, chociaż jak mówiłam wcześniej, nie mam porównania. Jednak w zestawieniu z kilkoma anime i Breaking Bad bije wszystko na głowę.


Serial ma 13 odcinków, każdy po 45 minut, na razie został wyprodukowany tylko jeden sezon. Bez problemu znajdziecie go po polsku na cda (W 11. odcinku obraz nie jest zsynchronizowany z dźwiękiem)

~May

PS. W 13. odcinku zwróćcie uwagę na to, jak ktoś mówi do kogoś "Skąd wiesz jak miała na imię moja żona?". Mało osób to zauważa, ale to pytanie robi jeszcze większy mindfuck w głowie niż był.


Źródło zdjęcia:

piątek, 19 lutego 2016

,,Odwrócę to krzesło, żeby twarzą do mnie było...''

Cześć!
Od tygodnia latam zestresowana po wszystkich możliwych miejscach w ukochanym mieście. Zaczynając od wydziału matematyki na uniwersytecie, przez galerię, kończąc na przystanku niedaleko mojej starej szkoły.


Zacznijmy od tego, że przez całe pięć dni, ja tylko trzy spędziłam w szkole. We wtorek ,,wzięłam sobie wolne'', bo była klasówka z (znienawidzonej) historii. To znaczy, nie poszłam na wagary, ani nie udawałam chorej. Ja jestem bardziej z tych grzecznych dzieci. Chodzi o to, że jeśli przejdzie się do drugiego etapu konkursu kuratoryjnego ma się do dyspozycji kilka dni wolnych ,,na naukę''. Jako że udało mi się dostać dalej z angielskiego, postanowiłam, że sobie taki wolny dzień wezmę, a klasówka z historii była idealnym powodem.
Konkurs był w czwartek, na uniwersytecie. Wstałam około 9 i odebrałam SMSa od Sary, żebym ratowała jej tyłek i przyniosła książkę, której ona zapomniała. Odpisałam, że wychodzimy sprzed szkoły w okolicach 11 i żeby do mnie wtedy wyszła. I właśnie tak się stało, oczywiście z kilkunastominutowym opóźnieniem, pomyleniem przystanków przez panią i gadaniem po drodze o krajoznawstwie. No dobra, weszliśmy. Cała nasza szkoła została skierowana do auli B, gdzie przed wejściem mieliśmy pokazać legitymacje i swoje numerki, żeby zostać wpuszczonym. Nie byłoby w tym nic trudnego, gdyby nie fakt, że na auli B poza nami miało być jakieś 200 osób. Wszyscy się pchają, drzwi wąskie, zastawili je stołem, bieda i powolny internet. W dodatku wszystkie rzeczy, a w szczególności telefony trzeba było zostawić przed salą. Eh...
Jak sam test? Słyszałam, że miało być krajoznawstwo, słuchanie i pisanie eseju. Jednak nie było nic. Gramatyka i słówka. Jednak było to strasznie trudne i fajnie byłoby mieć chociaż 50%.
Wróciłam do domu koło 16, przemoknięta od deszczu.
I tak oto minął mi czwartek.


Mam już zaplanowane kilka postów na bloga, muszę tylko znaleźć czas i chęci, żeby je napisać. Przy okazji, chciałabym zaprosić Was na bloga mojej kuzynki, który jest super, mega, tera, peta świetny >tutaj<
~Mej
żródło zdjęć

piątek, 5 lutego 2016

Witajcie.

A więc, cześć i czołem wszystkim.
Jestem tutaj, bo muszę wylać gdzieś swoje głębokie jak kałuża rozkminy na temat życia i pączków z budyniem waniliowym, które wczoraj jadłam. Tak, były dobre, jeśli o to pytacie.
Nie umiem za bardzo w internet, a co dopiero w blogi, więc bądźcie wyrozumiali, jeśli ta strona będzie wyglądała jak kupa obtoczona w drugiej kupie. Chociaż, mam wrażenie że szybciej skończę z blogowaniem, niż zaczęłam. No cóż, zawsze to coś nowego.


Nazywam się Weronika, chociaż ludzie różnie na mnie mówią. Większość posługuje się ksywką nadaną mi już przed dinozaurami - Norman (nie, to nie ma nic wspólnego z transseksualizmem!). Utożsamiłam się z tym imieniem już bardzo, ale niestety pół internetu nie umie tego odmieniać. W sensie, każdy chce na siłę wepchnąć tam formę żeńską, przez co w ogóle nie zmieniając formy wyraz.
Byłam dzisiaj u Norman.
Pod ostatnim postem Norman było aż 20 lajków!
Idę z Norman do fabryki łyżelców, idziesz z nami, Baśka?
Tak, to brzmi komicznie. Jeśli chcecie nazywać mnie Normanem, mówcie o mnie tak jakbym była facetem, ok?
Głównie przez uniknięcie tych super nieodmiennych form, które mnie mega wkurzają, a także żeby nie kojarzyć się ludziom jako czterdziestoletni facet w białym podkoszulku wpieprzający tony chrupek serowych przed telewizorem (poważnie nie pojawia wam się ten widok w głowach, kiedy usłyszycie Norman?), postanowiłam wymyślić sobie nowy pseudonim.
May.
Kreatywnością się tu nie popisałam, bo to tylko miesiąc moich urodzin. Jednak brzmi o wiele ładniej, i wreszcie jest to ksywka dla dziewczyny.


Świetnie, skoro kwestię mojego imienia mamy już za sobą, może coś o mnie opowiem.
Mam 15 lat, mieszkam na takim zadupiu na górze mapy, zwanej Olsztynem i uwielbiam moje tęczowe podkolanówki. Jeśli jesteście ciekawi tego jak wyglądam, proszę i zapraszam na zdjęcie wyżej.
Jeśli chcecie coś wiedzieć pytajcie - kiedyś pojawi się tu pewnie Q&A.
Zapraszam także na mojego ASKA.
Jesteście super i trzymajcie się ciepło.
~May