Od tygodnia latam zestresowana po wszystkich możliwych miejscach w ukochanym mieście. Zaczynając od wydziału matematyki na uniwersytecie, przez galerię, kończąc na przystanku niedaleko mojej starej szkoły.
Konkurs był w czwartek, na uniwersytecie. Wstałam około 9 i odebrałam SMSa od Sary, żebym ratowała jej tyłek i przyniosła książkę, której ona zapomniała. Odpisałam, że wychodzimy sprzed szkoły w okolicach 11 i żeby do mnie wtedy wyszła. I właśnie tak się stało, oczywiście z kilkunastominutowym opóźnieniem, pomyleniem przystanków przez panią i gadaniem po drodze o krajoznawstwie. No dobra, weszliśmy. Cała nasza szkoła została skierowana do auli B, gdzie przed wejściem mieliśmy pokazać legitymacje i swoje numerki, żeby zostać wpuszczonym. Nie byłoby w tym nic trudnego, gdyby nie fakt, że na auli B poza nami miało być jakieś 200 osób. Wszyscy się pchają, drzwi wąskie, zastawili je stołem, bieda i powolny internet. W dodatku wszystkie rzeczy, a w szczególności telefony trzeba było zostawić przed salą. Eh...
Jak sam test? Słyszałam, że miało być krajoznawstwo, słuchanie i pisanie eseju. Jednak nie było nic. Gramatyka i słówka. Jednak było to strasznie trudne i fajnie byłoby mieć chociaż 50%.
Wróciłam do domu koło 16, przemoknięta od deszczu.
I tak oto minął mi czwartek.
~Mej
żródło zdjęć


Pani May będziesz organizować spotkania autorskie? :D
OdpowiedzUsuńJeszcze jak!!
Usuń